Miejska Biblioteka Publiczna


Idź do treści

Menu główne:


Marek Barański

ARCHIWUM > Maj 2010


Marek Barański. Rocznik 1947. Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, jednak kariera pedagogiczna go nie pociągała. Pociągało go dziennikarstwo. Dziesięć lat (1972-1982) pracował w Polskim Radiu. Był reporterem w Redakcji Społecznej, autorem wielu reportaży i audycji radiowych. Kiedy w Polsce wybuchła masowa motoryzacja, współtworzył istniejące do dziś "Radio Kierowców", a potem przez wiele lat szefował mu i je prowadził. Kolejne osiem lat (1982?1990) spędził w "Dzienniku Telewizyjnym". Był reporterem, komentatorem, wydawcą. Po wyborach w roku 1989 opuścił telewizję, uznał, że jego telewizyjna kariera dobiegła końca. Rozliczył się z tego okresu publicznie, wydając książkę "Tajemnice DTV". Z Jerzym Urbanem współtworzył i redagował tygodnik "NIE", pismo w latach 90. zjawiskowe, wzbudzające wielkie emocje i rozchodzące się w rekordowym nakładzie. Marek Barański był autorem wielu sensacji tego tygodnika, specjalizował się w dziennikarstwie, które dziś nazywa się dziennikarstwem śledczym. Ten dorobek zebrał i zamknął w książce "Bunt janczarów". W latach 2000?2007 był redaktorem naczelnym dziennika"Trybuna".
"Nogi Pana Boga" Można Marka Barańskiego nie lubić. Można, choć to może jałowe po ćwierć wieku, postrzegać go zawsze jako demona stanu wojennego. Jak jednak widać, nie można mu zatkać ust. Książka Barańskiego jest gorzka. Autor nie oszczędza w niej nikogo, a najmniej już samego siebie. To właśnie daje mu prawo odwołania się do rzymskiej zasady audiatur et altera pars. Poplątane i bolesne są polskie losy, nie da się ich odlać z matryc ustanawianych przez kolejne reżymy, okresy przypływów i odpływów pamięci. "Nie chciało mu się jeść, pić - pisze autor o swoim bohaterze, czyli o sobie - nie chciało mu się iść ani stać, myśleć ani nie myśleć. Nie chciało mu się mówić i nie chciało milczeć. Nic mu się nie chciało. Nie chciało mu się nawet zdawać sobie sprawy z tego stanu ogólnego niechcenia…". Zechciało mu się już tylko dać swoje świadectwo o niechcenia tego przyczynach. Nawet nie dla własnego spokoju. W przekonaniu raczej, że owa wielka, niebywała prawda, o której marzymy i którą tak chcielibyśmy poznać, jest sumą świadectw różnych. Tego też. Już choćby tylko dlatego trzeba tę książkę przeczytać.
Ludwik Stomma
"Olek to była ich miłość, ich duma, ich Mojżesz. Transmisję telewizyjną z ogłoszenia wyników wyborów prezydenckich w roku 1995 Urbanowie oglądali w domu Marcina. Byli wszyscy przyjaciele Marcina, koledzy z redakcji, Rakowski. Kiedy ogłoszono zwycięstwo Kwaśniewskiego, zawyli w triumfalnym okrzyku: "Wygraliśmy!". W normalnych, wolnych wyborach, nie w kontraktowych. To był ich naprawdę wielki dzień. Od tego dnia wszystkie przewagi moralne "Solidarności" były już tylko propagandą. Urban się popłakał. Marcin też".
"Marcin był w Magdalence pierwszy raz. Nigdy wcześniej i nigdy potem. Z ciekawością chodził po salonikach, pokojach i zakamarkach, bo wszystkie drzwi były otwarte na oścież. Zastanawiał się, gdzie "oni" wtedy siedzieli, w którym pokoju rozmawiali, gdzie pili wódkę. Na szczęście nie musiał się domyślać, od razu bowiem znalazł się doskonały cicerone. Adam Michnik".
"Tak oto afera Rywina zniszczyła Leszka Millera, Kwaśniewskiemu szyki popsuła słaba głowa do wódki, a taśmy Gudzowatego spowodowały, że i Oleksy dopłynął do brzegu prędzej, niżby chciał. Żadna partia nie toleruje trzech liderów naraz, żadna nie jest w stanie wytrzymać trzech wielkich politycznych ambicji jednocześnie. (…) Bez nich zaś Sojusz Lewicy Demokratycznej zmatowiał, stracił poczucie humoru, zszarzał, przez co upodobnił się do całej reszty".



Powrót do treści | Wróć do menu głównego